TAJEMNICA ŻÓŁTEGO
KABRIOLETA.
SP 70 ul. Pautscha Wrocław. 15 lat temu. To mógł być 1991 może 92.
Pautscha to była wylęgarnia
szachowych talentów. Tu zaczynał Tomek
Motyl, Łukasz Dobosz, Mateusz Głowacki, później przyjeżdżał tu Michał Luch i wielu, wielu innych. Ale największe wyzwanie stało przed trenerem,
kiedy przed zajęciami
docierał do stojącego nieopodal Asystenckiego Akademika
Politechniki Wr. Stąd zabierał wszystkich Zawadziów.
Magda (Maciuś) już wtedy poważna 10-
letnia panienka i Staś (Stefan) chyba
już pierwszoklasista, to byli ci najważniejsi, bo prawdziwi szachiści. Aha była
jeszcze też mała Jolka (Kinolka). Ona to była bardziej
na doczepkę, żeby nie siedziała sama w domu, bo rodzice byli wtedy trochę zabiegani.
Najważniejszą w rodzinie była babcia Zosia.
Oficjalnie mieszkała w Głuszycy. Ale tam była chyba najrzadziej. To ona po
krótkim pobycie stawiała na nogi najbardziej potrzebujący opieki dom. I choć nigdzie
nie zagrzewała zbyt długo miejsca, to we Wrocławiu bywała najdłużej. Gotowanie,
ubieranie, czesanie… Na pewno wielka nie
do przecenienia rola.
(1)
Dlaczego szachy, przecież można robić tyle ciekawszych rzeczy? Dzisiaj zauważają już niektórzy, że szachy wyrabiają umiejętność panowania nad sobą, poczucie odpowiedzialności za własne decyzje, że rozwijają wyobraźnię, pamięć, zdolności abstrakcyjnego, logicznego myślenia. Dzisiaj można by nawet nieśmiało stwierdzić, że pojawia się „moda na szachy”. Ale jeszcze niedawno nie było klimatu na ten „pseudo sport”, a królowało skojarzenie z „refleksem szachisty”.
Tata, Wojciech Zawadzki na przełomie lat 70 i 80 kierował klubem sportowym AZS Politechnika Wrocławska, gdzie złota olimpijska drużyna szpadzistów Adama Medyńskiego z Moskwy, czy znakomite pingpongistki Wł. Bilskiego, wioślarze, szczypiorniści, judocy- utrzymywali przez całą dekadę lat 80- tych klub na czołowych pozycjach w rankingu najlepszych klubów sportowych naszego kraju. W klubie tym byli też szachiści, których najbardziej barwną postacią był Ryszard Korpalski. Marzeniem i celem szachistów był wtedy awans do II ligi seniorów. Próby te kończyły się zawsze tak samo- porażką w pucharowych finałach. Wiele lat próbowali, aż gdy się wreszcie przebili to zatrzymali się dopiero na drużynowym wicemistrzostwie Polski. Wojciech nie był też specjalnie wielkim miłośnikiem „królewskiej gry”(do dzisiaj woli rozegrać piękne trzy bez atu), ale zawsze uważał, że dzieciaki nie mogą mieć czasu na nudę. „Czas wolny” to zjawisko raczej rzadkie w rodzinie Zawadzkich.
Więc dlaczego
te szachy? Może dlatego, że na „bezrybiu i rak
rybą”. W szkole na Pautscha po prostu nie było wielkiego wyboru…były
praktycznie tylko szachy. No i Jolka, która wtedy żyła przede wszystkim
Pokemonami ciemiężona była tymi szachami okrutnie. Ale też trzeba
przyznać, że była na nie
niezwykle odporna. To wtedy trener oznajmił, co mu się do dzisiaj wytyka, że „z Kinola to już na pewno szachista nie wyrośnie !?” (2)
Górski rower. Jarosławiec około 1995 r. To już tradycja, że trener wyjeżdżał na turniej do Jarosławca. To był bardziej rodzinny rekreacyjny wypad nad polskie morze niż uczestnictwo w kolejnym turnieju. Pełna integracja, gitarowe muzykowanie, siatkarskie boje, aktywne plażowanie… tworzyły podwaliny fenomenu pn. Talent- spontanicznej oddolnej inicjatywy rodziców czołowych zawodników klubu, którzy „wzięli sprawy w swoje ręce”. Organizacja turniejów Grand Prix, Błaszczak, Lidziogrand, poszukiwanie sponsorów były wizytówką perfekcyjnie współpracujących rodziców (R. Szablowski, M. Lercel, J. Stachowiak, K. Butkiewicz, M. Kucypera, M. Łoj, E i W Zawadzcy, J. Cajbel, S. Walentukiewicz, W i B Dobrzańscy to tylko najbardziej zasłużeni). To chyba wtedy Jolka po raz pierwszy zainteresowała się szachami. Wszyscy grali i tylko z nią nie było wiadomo co zrobić… i wtedy tata Wojciech wpadł na szatański pomysł : ”jak zagrasz i zdobędziesz dwa pkt- to dostaniesz rower”. I Jolka zdobyła te dwa punkty, choć dowcipni twierdzą, że pierwszy był z pauzy, a drugi… bo przeciwnik zasnął. (3)
Trener zapłakał pierwszy raz. Jest rok 1996. Biała koło
Tomaszowa Mazowieckiego. Ostatnia runda Półfinałów Mistrzostw Polski Juniorów. Jolka
gra białymi, żeby awansować musi wygrać. Ale przeciwniczka łapie ją na banalny
motyw debiutowy. Jest wybór: albo mat, albo przedłużenie cierpień i oddanie
hetmana, albo też wariant dla najmniej wytrwałych- nie męczyć się i podać od
razu. O czym wtedy myślała Jolka tego nie wie nikt. Ale wiemy
co zrobiła. Z kamienną miną pokerzysty, podstawia hetmana na polu e2. I
cud się zdarzył drugi raz. Niewiarygodne, ale zaprogramowana przeciwniczka zamiast
wziąć ten dar od niebios i wygrać przepustkę do sławy, jak zahipnotyzowana
stawia skoczka na f3??? ( tak jej przecież wbijano do
głowy) i w końcu przegrywa. To Jolka awansuje i w swoim pierwszym finale
zostaje Mistrzynią Polski
zostawiając w pokonanym polu m.in. poprzednią Mistrzynię Polski- Dominikę
Hermanowicz już wtedy uznaną gwiazdę rodem z …Wrocławia. I
wtedy trener zapłakał…
(4)
Żółty Kabriolet. Rok 1997. Cannes- Lazurowe Wybrzeże Francji- Mistrzostwa Świata Juniorów.
Urocze pytanie zadane tacie: „a jeśli zostanę Mistrzynią Świata to kupisz mi żółtego kabrioleta?.
Wojciech, jak każdy z nas gdyby był na jego miejscu odpowiedział twierdząco. Siedem
lat później ( listopad 2004 r.), po dramatycznej pełnej niewiarygodnych zwrotów
ostatniej partii z bożyszczem Francji arcymistrzynią M. Sebag Jola dzwoni do taty z
niewinnym pytaniem: „ Czy już kupiłeś tego żółtego kabrioleta”. (7- 12)
28 stycznia 2006
r., Trzebinia, godz.15.00 –
złoty medal na Mistrzostwach
Polski Kobiet:
„dziekuję
trenerowi, że mnie zaraził szachami i nie muszę teraz siedzieć w szkolnej ławie..”
JZ w
rozmowie telefinicznej!?! (16)
(Zamiast podsumowania) Dawno, dawno temu w jednym stali domu. Magda (Maciuś) wesoła, zawsze tryskająca pozytywną energią, trochę płaczliwy, najczęściej chorujący i wszechstronnie uzdolniony Staś (Stefan) i najmniejsza, zawsze walcząca o własne terytorium Jolka. Wyników każdy mógłby im pozazdrościć: mistrzowie Polski, normy arcymistrzowskie, wiele turniejów, wyjazdów, pięknych partii. Ale to Jolka dociera najdalej, zdobywa szczyt na który wchodzą już naprawdę nieliczni. Ileż elementów musi się złożyć na takie pasmo sukcesów: mistrzostwo Świata, Europy i teraz Polski seniorek. To, że trzeba być nieprzeciętnie uzdolnionym, pracowitym, zaangażowanym i mieć jeszcze przy tym więcej szczęścia od innych- to jest jasne. Ale co jeszcze? A może trzeba też podkreślić zasługi mamy Eli, od kiedy sięgnąć pamięcią trzymającej Rodzinę twardą ręką. A może przypomnieć o pocie, tak obficie wylanym na wspólnie przebiegniętych kilometrach i tysiącach godzin spędzonych nad szlifowaniem nowej idei, nowego wariantu z „żelaznym” Michaiłem Kisłowem.
A czy ktoś jeszcze pamięta, że przecież
na początku był …dziadek Franciszek.
To on w maleńkiej Głuszycy w ramach zabaw z maluchami wyciągał wysłużoną
drewnianą szachownicę. I grali, grali, grali. .
(z zapisków pierwszego trenera)